Strona główna- www.ptaki.net

Jerzyk


        Pracownicy sklepów zoologicznych często są autorytetami w sprawach zwierząt wszelkiej maści. A już wyjątkowym zaufaniem darzą ich mali, kilkuletni klienci. Po co więc ze znalezionym chorym ptakiem zasuwać do weterynarza? Lepiej zanieść go do tej miłej pani z zoologicznego!
         Tak też i było tego czerwcowego dnia. Sylwia zrobiła wielkie oczy, gdy gromadka dzieci przyniosła jerzyka. Jedno przez drugie przekrzykiwały się, a gdzie to on leżał, a co by było, gdyby znalazł go kot i co na pewno mu dolega... W ich oczach była radość i niemożliwa do wyperswadowania pewność, że już wszystko będzie dobrze, że teraz jerzyk będzie zdrowy. Pani ze sklepu wie przecież o zwierzętach wszystko i na pewno go wyleczy... Krótkie oględziny wystarczyły, żeby stwierdzić przyczynę kłopotów ptaszka. Rana z tyłu głowy wyjaśniała wszystko. Biedak... być może dostał kamieniem od jakiegoś łobuza (ilu z nas ma na sumieniu ptaki ze swego "chłopięctwa"?), a może nie trafił w otwór gniazda, może zranił się uderzając w samochód...? Zastanawianie się nad przyczynami niewiele pomogłoby naszemu lotnikowi, trzeba było pomyśleć, jak go ratować... Ptaszek, oczywiście, nie został w sklepie. Sylwia bowiem obawiała się reakcji szefa. Po jej powrocie z pracy zrobiłem wielkie oczy, widząc jerzyka w kartoniku...! Ale cóż..., bo to pierwszy zwierzak przyniesiony do domu? Obejrzałem go dokładnie i niestety, nie tylko rana głowy była problemem. Bardziej zaniepokoił mnie niedowład prawej łapki. Pazurki były stale podkurczone, nie mógł nimi w ogóle chwytać. Na szczęście nie miał nic połamanego. A może jednak kości głowy zostały naruszone... zacząłem się zastanawiać...? Pewnie to było przyczyną paraliżu łapki, bo na głowie ptaka widoczna była spora rana.... Zapewne przeleżał na trawniku całą noc. Dobrze, że nie znalazł go żaden drapieżnik.
         W Łomży nie ma żadnego azylu dla ptaków, więc wątpiłem, że ktoś przejąłby się jednym małym jerzykiem. Dlatego postanowiliśmy zacząć działać sami. Najważniejsze, żeby ptaka nakarmić. Czym? Oczywiście, tym, co je w naturze, a więc owadami. Tylko skąd je wziąć w bloku? Wszystkie muchy z okien mieszkania zniknęły w sekundę, następnie oczyściliśmy okna na klatce schodowej. Kilkanaście much i trochę kropli wody wzmocniło jerzyka, któremu karmienie wcale a wcale się nie podobało... Ale cóż...na jego miejscu też chyba nie byłbym zachwycony. Otwierają mi na siłę dziób, wpychają pęsetą muchy! Na dodatek wszystkiemu przygląda się kot Siwek, który mając już na sumieniu pożarcie ryżowców, pewnie zastanawia się, czy ja nie będę smaczniejszy... ? Dlaczego nie mogę odlecieć? Ponieważ zwyczajnie się boję, a poza tym mam pełen brzuch i leżę w zaciemnionym, chociaż bardzo mięciutkim pudełku. Noc minęła ptaszkowi spokojnie. Za to Sylwia miała bardzo pracowity dzień. Gdy w sklepie nie było klientów, każdą wolna chwilę poświęcała na łapanie much! Ja natomiast postanowiłem zacząć ćwiczyć łapkę jerzyka. Kładłem go na ręku i rozginałem podkurczone pazurki. Jeśli łapka miała być władna, to mógł w tym pomóc tylko trening. Tak minęło nam kilka dni. Jerzyk odzyskiwał siły i chęć do życia. Już nie siedział ciągle w pudełku, wychodził z niego i spacerował po wersalce. Może niezbyt poradnie, bo łapka nie była jeszcze w pełni sprawna, ale dziarsko zasuwał na pohybel Siwkowi. Kot, oczywiście, przebywał w pokoju tylko w naszej obecności. Pewnie nie zastanawiałby się długo ,co zrobić z biednym rekonwalescentem, będąc z nim sam na sam...
         Jerzyk z dnia na dzień jadł chętniej. Przyzwyczaił się do widoku pęsety, a czasem nawet sam chwytał z niej owada. Chora łapka była coraz bardziej sprawna dzięki częstym ćwiczeniom. Populacja much na klatce schodowej zmalała niemal do zera. Na szczęście ratowało nas, przynoszone codziennie przez Sylwię, pudełko po zapałkach pełne much. Gdyby nie ta dostawa pożywienia, ciężko byłoby utrzymać przy zdrowiu i życiu naszego ptaka.
         Przyszedł weekend a wraz z nim zaplanowany dużo wcześniej wyjazd na mazurskie wędkowanie. Mieliśmy jechać w sobotę wieczorem i wrócić w niedzielę. Ale co z ptakiem? Nie mogliśmy przecież zostawić go samego bez jedzenia i wody...
         Postanowiliśmy wziąć go ze sobą. Podróż minęła spokojnie. Jerzyk zachowywał się tak, jakby całe życie nic nie robił, tylko jeździł samochodem. Prędkość na pewno nie była dla niego nowiną - 100km/h to pestka, latał szybciej.. .jerzyki to bowiem jedne z najszybszych ptaków. Wychodził czasem z pudełka i spacerował po tylnym siedzeniu. Obawiałem się, że nad wodą będzie problem z muchami i rzeczywiście był. W żaden sposób nie można było ich złapać. Dobrze, że Sylwia znalazła pokarm zastępczy. Pod liśćmi roślin na nadwodnej łące pełno było ciem! To był prosty przelicznik - jeden duży liść = jedna ćma. Dość szybko zapewniliśmy jerzykowi kolację. Ćmy były smakowite, więc nie wykrzywiał dzioba w drugą stronę jak w przypadku much. Ba, czasem nawet sam go otwierał i wysuwał swój szorstki języczek. Krótką czerwcową noc spędziliśmy w samochodzie, ptak był spokojny. Zrobił się nerwowy dopiero o świcie. Dlaczego? To wie każdy, kto był o świcie nad wodą. Każdy ptak drze wtedy dziób, ile sił w płucach...! Nie wiem, czy to z radości, że przeżył kolejną noc, czy dlatego, że zaczyna się następny ciekawy dzień? W każdym razie świt nad wodami, gdzie nie brakuje ptaków, jest bardzo głośny... Nasz biedny jerzyk słyszał swoich kuzynów i był niespokojny. Pewnie nieszczęśnik denerwował się, że nie może do nich dołączyć... Może zastanawiał się, czy jeszcze kiedyś będzie w ogóle latał...? Już nie siedział w pudełku - chodził po siedzeniu i - co nas mile zaskoczyło - wskakiwał na oparcie. Stąd miał pewnie lepszy widok. Łapka była już prawie całkiem sprawna. Mógł poruszać pazurkami. Mieliśmy nadzieję, że po kilku dniach będzie zdrów jak ryba. Po ranie na głowie też już prawie nie było śladu. Zaczęliśmy wędkowanie. W końcu po to przemierzyliśmy prawie 100 kilometrów. Ale nasz chory musiał jeść, trzeba go było karmić.
Sylwia wywiązywała się z obowiązku karmienia bardzo dobrze. Wątpię, żeby na łące nad łowiskiem ocalała jakaś ćma... Ptaszek zjadł ich na pewno kilkadziesiąt. Doszedł w tym do takiej wprawy, że pęseta nie była potrzebna... Gdy zobaczył ćmę w palcach, wyciągał szyję i pomagając sobie szorstkim językiem, rozprawiał się z nią błyskawicznie. Podobno w naturze jeden jerzyk zjada dziennie do 300 komarów, więc są to niezłe żarłoki.
         Nasze wędkowanie stało się właściwie tylko moim wędkowaniem, gdyż Sylwia cały świt spędziła na szukaniu jedzenia dla głodomora. Nie wiem, czy miała wędkę w ręku dłużej niż godzinę w ciągu całego dnia. Ale było warto. Ptak stał się ruchliwy, rozprostowywał swoje długie skrzydła i skakał po całym samochodzie. Ranek upłynął nam szybko, przyszło upalne południe i niedługo potem zaczęliśmy się zbierać do powrotu. Ryby przestały brać, więc zamiast wędkować, postanowiliśmy pojechać nad Pisę i trochę pozwiedzać. Po długim spacerze nad dziką i niesamowicie krętą Pisą wróciliśmy do samochodu. Zajrzeliśmy do tyłu, a tu... niezłe zaskoczenie! Jerzyk wyskoczył z auta na trawę! Leżał biedak z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Zrobiło mi się go bardzo żal... To przykre patrzeć na nieszczęście dzikiego stworzenia... Jerzyk spróbował poderwać się do lotu, ale z chorą łapką nie było to takie proste. Wylądował tylko metr dalej. Podszedłem do niego, żeby go złapać i pomóc, gdyż widok był naprawdę przykry. Schyliłem się, a on ... Pofrunął !!! Staliśmy jak wryci, a jerzyk poleciał dosłownie metr nad lustrem wody. Odetchnąłem z ulgą, gdy przefrunął Pisę. Krzyknąłem tylko do Sylwii: „Patrz przez lornetkę, w którym miejscu spadnie!”. Jednak nie spadł... Zrobił koło nad wielką łąką po drugiej stronie i zaczął wzbijać się do góry. Bałem się, że zaraz spadnie i co najgorsze - wyląduje w rzece. Zrobił kilka kółek nad łąką, ciągle wznosząc się do góry. Był coraz wyżej i wyżej. Gdzie się podziała jego choroba? Po chwili widać go już było tylko przez lornetkę. Wydawało się, że zniknie wśród chmur. Oddalał się od nas. Zrobił jeszcze kilka okrążeń, jakby chciał się z nami pożegnać. Chwilę potem znikł nam z oczu. Byliśmy szczęśliwi i wzruszeni. Z całego serca życzyłem mu wtedy wszystkiego najlepszego. Bardzo pragnąłem, żeby powiodło się naszemu kuracjuszowi. Nie jestem w stanie opisać moich uczuć w tamtych chwilach. Dziś został tylko niepokój i ciekawość... co się z nim stało? Czy dał sobie radę, czy „paliwo” z kilkudziesięciu ciem wystarczyło mu na pierwsze, najtrudniejsze chwile powrotu na wolność? Jak udało mu się pierwsze lądowanie? Nie było i nie ma w moich domysłach innej opcji niż ta, że zdążył już zaliczyć dwa razy pobyt w Afryce.
         Było to w roku 2002 roku. Dziś mamy 17 listopada 2004roku. Jestem przekonany, że lata wśród nas kilka jego potomków. Na pewno tak! Dziś wiem, że pomoc zwierzęciu, nieważne czy to jest kot, czy ptak, potrafi dać tyle radości i szczęścia.
         Do końca życia nie zapomnę widoku jerzyka, kołującego głęboko w chmurach oraz tego, co czułem, patrząc na jego odlot... Warto więc okazać trochę współczucia i troski bezbronnym istotom, które podobnie jak my, chcą żyć i mają swoje miejsce w otaczającym nas świecie...
Tomasz Bochiński 17 listopad 2004r. - Łomża
Podziękowania za korektę dla Joanny Dobosz :)
Strona główna