Strona główna- www.ptaki.net

Młody kos


Poniżej maile przesłane do mnie przez Panią Ewelinę Rakowską. Listy szczere i wzruszające...

4 lipca 2007
"Witam serdecznie
Chciałam podzielić się swoją smutną historią związaną z próbą uratowania małego rannego ptaszka- młodej samiczki kosa. Znalazłam ją na ulicy w mieście. Biedaczka wygladała jak nieżywa, nie ruszała się. Ale podniosłam ją i otworzyła oczka i zaczęła trzepotać skrzydełkiem-drugie miała ranne( myslałam, że złamane).
Jestem miłośniczką zwierzat ale na ptakach kompletnie się nie znam. W domu mam króliczka miniaturkę. Ale do rzeczy, weterynarz stwierdził, że ptak będzie zdrów, tylko ma ranne skrzydełko i następnego dnia możemy go wypuścić. Niestety wieczorem okazało się, że nasz malutki podopieczny ma też chorą nóżkę-podkurczał ją i nie stawał na niej. I przekrzywiał łebek w prawą stronę (również ta sama nóżka i skrzydełko było chore). Ptaszek musiał odbywać pierwsze loty i zderzył się zapewne z samochodem. Musiał uderzyć głową w samochód i stąd ten jakby paraliż. Bardzo starałam się mu pomóc. Ptaszek leżał sobie dwa dni w wiklinowym koszyczku na sianku. Karmiłam go dwa razy dziennie - tzn. lepiłam mu kulki z chleba z twarogiem i zółtkiem jajka, i poiłam wodą ze strzykawki.
Drugiej doby po wypadku ptaszek zaczął próbować chodzić na wersalce, ale jeszcze się przewracał. Cieszyłam się ogromnie, kiedy przez kilka chwil udało mu się ustać na dwóch łapkach. I tak pięknie trelował przez cały dzień...
Niestety trzeciego dnia wróciłam z pracy... i ptaszek nie żył... leżał na boczku na tym chorym skrzydełku i miał podkurczoną tą chorą nóżkę... Myślałam, że mi serce pęknie. Już wszystko wskazywało, że będzie dobrze... Ptaszek wyraźnie zdrowiał z dnia na dzień... Wyrzucam sobie, że popelnilam jakiś błąd. Moze karma zła, a może uraz wewnętrzny główki zbyt duży... Bardzo to przeżyłam. Ptaszek spoczął u nas na działce pod wisienką... Nazwałam do MACIUŚ... choć to była samiczka. Teraz każdy spiew ptaka przypomina mi go... Pozostały mi jego zdjęcia zrobione dzień wcześniej...."



Mail drugi
5 lipiec 2007

"...nie mam nic przeciwko temu, żeby Pan umieścił ten list w dziale poświęconym ptakom....  ...Mam nawet nadzieję, że moze zachęci on w jakimś stopniu innych ludzi do pomocy chorym ptakom. Bardzo żałuję, że w Częstochowie nie ma ZOO lub jakiegoś towarzystwa ornitologicznego. Próbowałam nawiązać kontakt z ornitologiem współpracującym ze Strażą Miejską w Częstochowie- zostawiłam nawet telefon do siebie- ale nie oddzwonił, choć bardzo prosiłam , żeby skontaktowano mnie z nim. Strażnik miejski przekonywal mnie, żebym oddała ptaka do schroniska, ale ja nie chciałam. Schronisko kojarzyło mi się z powolną ( niestety ) umieralnią dla biednych porzuconych psów i kotów poupychanych w klatkach. Więc gdzie tam miejsce dla malutkiego chorego ptaszka, który potrzebował ciepła spokoju i stałego doglądania. Wie Pan, że nawet w sobotę, kiedy znaleźliśmy tego ptaszka i byliśmy z nim u dwóch weterynarzy, to żaden z nich nie wiedział co to za ptak? Dopiero mój ojciec, który wychowywał się na wsi - praktycznie w lesie- od razu poznał, że to kos. Dla mnie jest to niepojęte! Albo ktoś kończy jakieś studia i ma wiedzę albo nie powinien mianować się lekarzem weterynarii !!! Np. drugi weterynarz u którego byliśmy- kobieta konował- wie Pan co zrobiła maluchowi- zamiast ewentualnie owinąć go bandażem w celu usztywnienia skrzydełka ...okleiła go plastrem!!! W domu mąż rozcinał ten plaster i niestety nawet pomimo, że próbowaliśmy zwilżyć go, żeby ptaszkowi nie powyrywać piórek, ptak "trochę" piór stracił.
Teraz po tej historii związanej z Maciusiem, idąc ulicą czy jadąc jako pasażer zaczęłam obserwować ptaki i czytać o nich. Wczoraj idąc ulicą zaobserwowałam ...kosa , ale już dorosłego, który skakał sobie po chodniku i pił wodę z kałuży. Szkoda, że tamtemu nieborakowi się nie udało... mieszkam niedaleko parku i co rano od wiosny do jesieni mogę słyszeć o świcie spiew ptaków. Mąż pocieszał mnie, że nic nie dzieje się przypadkowo i może ten krótki pobyt u nas tego ptaszka też miał zwrócić naszą uwagę na coś innego i że nawet jesli ptaszek miał umrzeć to nie umarł przerażony na ulicy lub rozjechany przez samochody tylko w spokoju i godnych warunkach. Miał również godny "pogrzeb" u nas na działce pod wisienką obok naszej ukochanej króliczki Mani, która odeszła rok temu...
pozdrawiam serdecznie

Ewelina Rakowska  Częstochowa "
Strona główna