Mała ta nasza łódka,
a taka ciężka. Dobrze, że dojazd prawie nad samą
wodę. Sylwia jak zwykle marudzi, że nie da rady, a łódka jakoś zawsze
pływa na wodzie i wraca na przyczepkę. Jeszcze rozłożyć klamoty na
pokładzie i wiosła w ruch.
-       Skąd zaczynamy ?
-       Popłyniemy w prawo od ujścia kanału, aż znajdziemy
jakąś
zaciszną zatoczkę,
może to być całkiem daleko - odpowiadam swojej Żoneczce, która ma
niewyraźną minę.
Mimo, że łowi ze mną już kilka lat i dość często z łódki - boi się wody,
a dzisiaj wiatr dmucha, oj dmucha mocno. Ja jestem spokojniejszy,
ufam swojej krypce, ale wodę szanuję, wiem ilu co się z niej śmiało
już z niej nie wróciło. Wiem, jak ze spokojnej tafli w ciągu pięciu
minut potrafi się zrobić niezły kocioł. Z tego to powodu, jakkolwiek
wypuszczamy się dzisiaj dość daleko, to płyniemy cały czas wzdłuż
brzegu, nie dalej jak dziesięć metrów od krawędzi trzcin.
Jak na razie fala nie aż taka duża jak się spodziewaliśmy, ale jest dopiero szósta rano, wszystko przed nami...
      Znaleźliśmy niezłą trzcinową zatoczkę.
Zagłębiona pięć metrów w szuwary,
z nielicznymi tylko rdestnicami przebijającymi lustro wody, ze spokojną
osłoniętą od fal taflą wody. Wygląda ciekawie. Kotwice na dno, sprzęt
do rąk, zanęta do wody i nadzieja w oczach. Wzrokowo nasze wgłębienie
w trzcinach zapowiadało się obiecująco, ale po pół godziny moczenia
robaków, na przemian białych i czerwonych, mamy ledwie ze trzy
płoteczki - płyniemy dalej.
Odpłynęliśmy ze dwieście metrów i znów
"trzcinowa zatoczka", ta okazała się dużo głębsza, nawet przy samej
krawędzi trzcin jest półtory metra wody.
Stajemy tak jak zawsze na płotkę- około pięć metrów od trzcin i
rzucamy najczęściej w stronę brzegu- pod trzciny.
Początkowo brania były sporadyczne,
ale gdzieś po piętnastu minutach to się zaczęło!
Nie wiem czy to spowodowała zanęta, czy też zwiększenie się wiatru, ale
każdy rzut kończył się braniem i zacięciem. Jak w bajce o
"dobrym wędkarzu". Zawsze marzyłem o takich braniach. Na dodatek ryby,
które brały nie były małe, rzadko się zdarzała mniejsza
jak dwadzieścia centymetrów. W większości były to płotki,
ale trafił mi się i jeden półkilowy leszczyk, kilka krasnopiórek. Sylwii
brały tak jak i mi - rzut pod trzciny,
chwila czekania i spławik skosem pod wodę, tyle,
że jej trafiały się spore krasnopiórki, największa miała ze czterdzieści
deko. Piękna, jaskrawoczerwone płetwy i zardzewiałe boki.
Brania były nietypowo sygnalizowane, rzadko spławik się zatapiał,
najczęściej po prostu sobie płynął w bok, tak jakbyśmy łowili na
ścieżce spacerowej i rybki w przelocie sięgały po przekąskę
- morderczą dla nich. Tak, więc nasz podbierak dość często się kąpał,
a siatki systematycznie zapełniały. Gdybyśmy mieli mocniejsze zestawy -
mniej byśmy
tracili czasu na hol, a tak - przy naszych cieniutkich przyponach -
rybkom musieliśmy dać sie wypływać i korzystać z podbieraka.
      W wędkarskim transie zapomnieliśmy o całym świecie
- tym za naszymi
plecami także, a tam się sporo zmieniło przez te dwie godzinki -
zauważyłem, że na grzbietach co niektórych fal pojawiały się białe
grzebienie - czyżby miało zamiar solidniej podmuchać i pofalować?
Właściwie to i łódką zaczęło więcej bujać- żołądek często
jeździł z góry i pod górę. Ale chyba nie będzie aż tak źle,
w końcu nie jesteśmy na otwartej tafli jeziora i te nasze
fale to tylko sygnał tego, co dzieje się na środku głównej
tafli Śniardw- bo na nich właśnie, w jednej z zatok łowimy.
Fala stopniowo się nasila, ale ryby jakby tego nie widziały,
nadal biorą i to chyba nawet większe. Sylwia,
widzę to po niej, zaczyna się bać,
siedzi niespokojnie, co i raz zerkając na środek zatoki,
gdzie robi się coraz bielej. Dziób łódki jeździ góra- dół,
wygląda na to, że trzeba będzie się gdzieś schować.
Sylwia popędza:
-       Zwijajmy wędki i uciekamy,
bo zaraz zerwie się wichura -
nie musiała tego mówić.
Nie zdążyliśmy nawet zacząć się zwijać- zerwało nas z kotwic. Nie było
czasu na składanie wędek.
Wystarczył jeden gwałtowny podmuch abyśmy znaleźli się w trzcinach.
Trzeba działać szybko, albo jeszcze szybciej. Sylwia boi się, ale
ruchy ma bystre, momentalnie siatki i wędki znalazły się w łódce,
ja przez ten czas balansowałem sznurem od kotwicy,
popuszczając i podciągając, zgodnie z rytmem narzuconym przez fale,
inaczej woda by się przelała przez dziób lub rufę, a o tym,
co by się stało gdyby łódce pozwolić stanąć bokiem do fali-
nie chcę nawet myśleć. Dziś aż mi samemu nie chce się wierzyć
jak dosłownie przez dwie,trzy minuty spokojna równomierna fala,
zmieniła się w "małą tsunami" co to jednym pociągnięciem
solidną łódkę potrafiła przesunąć na swym grzbiecie kilka metrów.
Szczęście w nieszczęściu, wiatr goni nas w stronę wlotu kanału -
miejsca skąd wypłynęliśmy, tam na pewno jest spokojna woda. Ale
jeszcze tam dopłynąć! Szybka zmiana miejsc i do wioseł. Sylwia
boi się nie na żarty, w oczach przerażenie, trzyma się kurczowo
obu burt. Próbuję ją pocieszać, chociaż sam też duszę mam na
ramieniu. Nie mam jednak czasu myśleć o strachu, muszę uważać
by łódź była prostopadle tyłem do fali, wtedy jest pchana. Z
moją płaskodenką na takim wietrze nie jest to zbyt proste.
Czuję to w każdym mięśniu rąk, wiosła aż się gną - mam nadzieję,
że plastikowe dulki- jedyny element łódki, do którego nie mam
zaufania- wytrzymają tak intensywną pracę.
Fala jest tak wysoka, że łódź opadając z grzbietu fali, ma
rufę dużo niżej od następnej fali- mam więc przy
czym wykazać się umiejętnością, a w tych warunkach to
raczej siłą wiosłowania.
Mkniemy jak błyskawica, a im bliżej kanału tym mniejsza fala -
będzie dobrze.
-       Nie bój się, już niedaleko- pocieszam Sylwię.
-       Dobra, dobra,zobacz, że woda prawie
nam się wlewa, wiosłuj, wiosłuj!
Wiosłując, siedzę tyłem, doskonale więc widzę co dzieje się na
środku zatoki; widok tych chyba półtorametrowych grzywaczy
sprawia, że zapominam o zmęczeniu...
      Żońcia już spokojna- wpłynęliśmy do kanału, ale tu cisza, spokój,
a sto metrów w jezioro bałwany większe od łódki. Odetchnąłem z ulgą,
fakt, że nie płynęliśmy po głębinach, fakt, że do brzegu było nie daleko-
ale nikt mi nie powie, że chętnie wykąpałby się w ubraniu, topiąc sprzęt i
ratując przy okazji babę (żonę), co to ledwo, ledwo pływa, a i to,
jak sama mówi, gdy "ma grunt".
W kanale spokój, stanęliśmy na środku, rzucamy w głęboki rów pod
brzegiem. Czy biorą? Biorą, ale rzadko i do tego małe, takie tam
płoteczki- gonem sięgające w okolice zegarka. Ale za to jest bezpiecznie,
Sylwia zrzędzi:
-       a nie mówiłam,żeby się wcześniej zwijać!
-       mówiłaś, mówiłaś, ale spójrz do siaty -
chyba warta była chwili strachu, co?
Tylko się uśmiecha,bo rzeczywiście tak pełną siatkę ma pierwszy raz w życiu,
zresztą - ja pewnie też.
      Znudzony nędznymi braniami postanawiam spróbować na żywcówkę skusić
szczupaka, a nóż widelec schował się tu jakiś przed falą?
Na hak spora płotka, która już po chwili pływa na końcu podwodnego
rowu w którym łowimy, jest tam może trochę płyciej, ale za to bliżej
krzaka wystającego z trzcin. Podejrzewam, że jeśli jakiś zębacz
jest w okolicy to na pewno jest tu, czatuje w korzeniach.
-       wiesz Sylwia,
jakbym złowił jeszcze dużego szczupaka to
byłaby chyba pełnia szczęścia - głośno myślę.
-       Może i złowisz,kto wie?
Przez prawie dwie godziny wiatr wywiał ze mnie całą nadzieję, słońce
wyglądające zza przeganianych wiatrem chmur wypaliło resztki optymizmu.
Łowimy płoteczki, krąpiki, a spławik od żywcówki pływa i pływa, no po za
momentami, gdy fruwa -to tylko ja zmieniam żywce na świeższego, żywszego.
Płotki, drobne, ale biorą regularnie, czasem trafia się okonek, częściej
"polsilver"- czyli pan krąp w całej swojej "nieokazałości".
Znów spojrzenie na spławik od żywcówki:
-       Gdzie jest spławik?! - Krzyknąłem pytanie retoryczne,
zauważając po chwili, że moja szczupakówka jest porządnie wygięta; dobrze, że
ją solidnie zablokowałem, zapierając ostatnią przelotkę o krawędź burty.
Złapałem za nią i wykonałem spóźnione, ale za to mocne zacięcie.
Stało się to, na co po cichu liczyłem, po drugiej stronie czuję opór,
jakiego już dawno nie miałem na wędce.
Sylwia pośpiesznie poodsuwała wędki i klamoty na drugą burtę; szczupak
szaleje, aż się kładą trzciny takie robi zwroty.
Hamulec oddaje mu metry żyłki, a
te bydle wykorzystuje to niebezpiecznie zbliżając się do trzcin,
jeszcze tego mi brakowało żeby się urwał!
No i stało- wpłynął w trzciny, ba, nawet się w nie zaplątał. Moja żyłka
tworzy teraz zamiast linii prostej, krzywą łamaną.
-       ściągaj kotwice, Sylwia, szybko, bo pójdzie!
      Zauważyłem, że w sytuacjach "ekstremalnych" moja Żońcia jest dwa razy
szybsza niż normalnie. Moment i za pomocą podciągania się po żyłce
znaleźliśmy się przy szczupaku, teraz zobaczyłem, że siedzi cały w
trzcinach z żyłką pookręcaną dookoła nich. Biorę żyłkę między palce
w odległości dwa metry od ryby, w końcu pod lodem głównie tak się
wyciąga rybki... Spokojnie i powoli podciągam rybę, w zasięg podbieraka,
który Sylwia już moczy w wodzie. Duży ten szczupak! Chyba to dlatego
tak majestatycznie daje się wyciągnąć z trzcin. Teraz bardzo delikatnie
podprowadzam go w zasięg podbieraka, o jeszcze nie ma chęci zakończyć
walkę - odpłynął, wyciągając mi przez palce ze trzy metry żyłki.
Nie na długo.
Wprowadzam go do podbieraka- musi być bardzo zmęczony, nie widać po
nim chęci dalszego walczenia o swoje życie. Pewnie to moja wina,
w porę nie zauważyłem brania, a on, łykając głęboko hak, poharatał
sobie gardło i wnętrzności- musiał stracić mnóstwo krwi...
Hol trwał więc dość krótko i nie był
tak emocjonujący jak mozna by się spodziewać, przy tej wielkości ryby.
Już jest nasz, jeszcze tylko zabicie go- nóż w mózg, (wbrew pozorom
najbardziej humanitarne skrócenie cierpienia ryby, przeznaczonej
do zabrania) i już trafia do schowka. Decyzja - płyniemy na brzeg.
Starczy na dzisiaj i tak ciekawe czy nie przekroczyłem limitu?
Nie chcemy kusić losu. Zresztą połów nie jest już wcale przyjemny-
wzmógł się wiatr, fala zaczyna wdzierać się do kanału.
      Na brzegu ważymy nasz połów. Sylwia ma
prawie cztery kilogramy,
ja, niestety, przekroczyłem limit. Pięciokilogramowa skala wagi
okazuje się niewystarczająca i to sporo - wskazówka tylko stuka
o ogranicznik. Cóż zrobić, w wędkarskim amoku zapomniałem o
zdrowym rozsądku, teraz jedyne, co mogę zrobić to wypuszczam
jeszcze najżwawszą drobnicę; ale co to daje - te rybki
nie ważą na pewno więcej niż pół kilograma...
Mam wyrzuty sumienia, zawsze staram się łowić przepisowo...
      Ostatnia zdobycz -mój piękny szczupak,waży bez 1 deka dwa kilogramy.
Nie wstydzę się przyznać- ale jak na razie jest to mój największy
szczupak i ryba wogóle.
Rzeczywiście ryb mamy tyle, że już się zastanawiamy, u kogo je
"zamrozimy"?
Są tego prawie dwie reklamówki, a najważniejsze, że większość część
zawartości to ryby słusznej wagi - dwadzieścia - do trzydziestu deka.
Czyli nie mamy przerostu "treści nad formą". Kosztowało nas to sporo
strachu, a wysiłek ucieczki przed falami moje ręce będą odczuwać pewnie
dobrych kilka dni.
-       Marzą mi się częściej takie dni, może z mniejszym wiatrem, może z
odrobiną opamiętania z mojej strony, bym znów nie musiał wstydzić
się swojej zachłanności...